Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu T. 2.djvu/089

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A tamtegoś nie fciała, kie my ci kazowały, co jesce zywy béł.
— Do wsydźkiego sie trza prziucyć — rzekł Wodny Kuba.
Ludzie widywali czasem po drogach starego, siwego chłopa i trzy dziewki obdarte, bose.
— Skądeście?
— Z Polski.
— Dokąd idziecie?
— Biéda nas zenie.
— Zarobku szukacie?
— Zarobku.
Niejeden opatrzył, dał, nikt się nie domyślał. Siekiery były krótkie, pochowane pod płachty, krucice za koszulą. Tak się przewiadywali, gdzie co ukraść można, gdzie jaki kupiec, karczmarz, bydło. Jak się nie dało ukraść bez mordu — mordowali. Spadali z nienacka w nocy, niewiadomo zkąd; przepadali w lesie, jak widmo. Zostawał tylko strach.