Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Co ta pleciecie figle! Fafrosy! Jo tego hłopa mom zkądsi znać. Pockojcie no! Słonko prawie zaświéciło jasno, przypotrzem się mu.
Przyjdzie, patrzy, krzyknie:
— E dyć to dziki juhas z Jurgowa! Widziołew go nie roz i nie dwa! Nie tak, ale musioł ogłupieć i nik tu ta tego montu nie narobił, ino on som. Zdziurawił se piéknie piersi, syję, gębę, rence na sękak. Taki je jak sito! Ale co się mu stało? Ludzie na świecie!
— Ale ze to był hłop! mówi Tyrała, bo się juz dośmielili wszyscy za Sieczką ku niemu podejść.
— Dziki juhas? Luptowski! Jo go znoł! — powiada Suleja. — Ten kieby cię był do garści dopod, tobyś był hnet w powietrzu zebami pięty gonił! Widziołek go na jarmaku w Lewocy, kie se konia na ramionak nosił, jak jorkę.
— Hej, spotkołew go i jo kielka razy — mówi Sieczka. — Roz se na śpas koło młyńskie zahamował ręką w Saflarak. My prawie jechali z miasta. Młynorz leci — ki się dyabli zrobiło?! — jaze się przezegnoł, a ten trzymie i śmieje się wereda. Co mi dos? — pado — to ci puscem. Musioł mu dać dwa cwancygiery. Ino ze to nie biédny cłek, ten Kamiński w Saflarak.