Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nie twojak!
— Tu cię zrucem z tej turnie w przepaść!
— Nie zrucis!
— Nié?! Wto cię obroni?
— Ty som!
— Jo som?!
— Twoja miłość!
I dopiero wtedy stało się, czego nigdy przenigdy nie widywali ludzie na świecie. Puścił ją; kiedy skoczy, kiedy chwyci owcę najbliższą — cisnął w dół! Latał po upłazie, wyżej trzydziestu owiec, co je wygnał, zeprał na kupę tak, jako z dwóch pięter. Zrobił się wał z tych pobitych owiec. Taki wściekły był.
Ona się tymczasem zerwała z ziemi i uciekła do szałasów.
Kiedy już z temi owcami skończył, musiał zesłabnąć, bo legł piersiami do góry i już noc nadchodziła, a jego jeszcze tam znać było, jak się czernił na trawie do miesiąca. Nie wiedzieli ludzie, co robi, czy omglał, czy co, ale się bali iść ku niemu zaglądać.
Do rana też nie było z niego szlaku znaku i nigdy on już więcej pod Murań nie przyszedł.
Myśleli zrazu i w Jaworowych Sadach i tam, że się może do wojska dał, bo właśnie przyje-