Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Przebrał się przez Tatry na węgierską stronę. Tam widział on więcej słońca, więcej zboża i wcześniej się złociło, kiedy na granie, pasając owce w Goryczkowej, wybiegał. Ztamtąd też furmani wino wozili i pieniądze. Poszedł tam.
I przystał do służby do jednego bogatego pana na Liptowie; zgodził się ku owcom. Pasie je, pasie, co lato w prawe ramię Mięguszowieckiej Doliny, w Złomiska, wygania, a jesień, zimę, wiosnę przy dworze przesłuży, owce zimując, drzewo rąbiąc, w ogrodzie kopiąc. Płacę miał dobrą, więdło mu się.
I tak zeszło lat czterdzieści.
Był już stary Tomek Wiérchowiec, liczył sobie blizko ośmdziesiąt lat; siły go jęły opuszczać. Już się od owiec dawno do wołów przeniósł, ale i ta służba była mu ciężką. Jednej nocy, kiedy — bo już mało sypiać mógł — przed wolarnią siedział, w miesiącu sierpniu, podczas wielkiego przelotu gwiazd, gwiazda z nieba lecąca tuż nad jego głową zagasła.
— Oho! Tu i śmierzć — rzekł do siebie Tomek.
I dopiero pierwszy raz się zastanowił, że on niebędzie leżał na ludzimiérskim cmentarzu, gdzie od wieków, prawieków jego ojcowie leżą, bo do tej parafii Zaskale należy. Będzie leżał na Liptowie, za Tatrami.
I smutno mu się zrobiło.