Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Amen. Poślijcie to woze, coby się przywiezli wartko z miasta.
— A wy, hłopcy — zwrócił się do Hajacków — biercie się w pole, by wos tu nie zabili, abo nie hycili. Jest ta godnie śrybła we węzełku, a dwa kotliki newiućkik cwancygierów zakopane w Ozpadłej Dolinie, ka się z pod wanty woda leje, jako się od suhéj limby dwa strzelenia pudzie na prawo, a pote półtrzecio strzelenia dołu na lawom rękę. Podzielcie się, a rućcie ta ćwierć kotlika bacy, za co mię hował bez lato. Biercie się hore!
Wyciągnął ku nim rękę; uścisnęli się.
— Idźcie z Pane Boge!!
Niemowy popatrzyli na niego, wyszli.
— Zydu — powiada Wojtek — zywa je jesce?
— Wto?
— Kasia.
— Jo ani nie chcem patrzyć... Tyle krwi!...
— Ej, nie zyje, nie zyje! — zapiszczał Florek Francuz i zalał się łzami.
Potem rzucił się na ziemię, zaczął bić głową o podłogę, wydzierać sobie włosy, tarzać się, wić, wyć i jęczeć rozpaczliwie.
A Wojtek Chroniec opuścił głowę na piersi i szepnął:
— Morzy mię sen...