Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wołoszynem. Grzmiały jej w piersi żal i zawziętość straszliwa. Nie szła, ale leciała przez las od Rusinowej Jaworzyny, ku której przybłądziła, w górę. Gięte ramionami i piersią gałęzie smreków, bita biodrami kosodrzewina po drodze, rozchylały się przed nią z szelestem i szuszczeniem; czasem chlupła woda w młaczysku. Gdzieś rogacz spłoszony zatętnił po gąszczu i przepadł. Krystka z wciętemi w wargę zębami gnała przez las ku hali. Świeciło się od szałasów, które tonęły w ciemności w potężnym mroku pniów i obwisłych ku ziemi szerokich konarów i gałęzi. Psy zaczuły Krystkę i przybiegły ku niej z wesołem ujadaniem i merdaniem ogonów; kopnęła najbliższego, aż zaskowyczał i przypadła ku szałasowi, zkąd się przez szpary w ścianach jarzyła watra.
— Jest hań wto? — krzyknęła ku drzwiom.
— Jo jest — odpowiedział z wnętrza Jasiek.
Stanęła we drzwiach. Z nizkiej, czarnej, od strony watry rozjaskrawionej izby szałaśnej buchnął ku niej dym i gęsta, duszna woń smolnego ognia, wilgotnych szmat i nabiału.
— Someś tu? — spytała, patrząc po ławkach w cieniu.
— Som. Sytka pośli na sopy spać.
Weszła przez wysoki próg. Jasiek siedział na ławce i ręce grzał nad ogniem.