Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


A on mu odpowiedział:
— Bo jo jest halny gazda...
Idzie w górę do Zawratu, ku Pięciustawom, a myśli sobie: Hej miły mocny Boże! Jako się im téz ta bez zime gazdowało przeze mnie?! Kosodrzewiny popod Wołosyn cy téz przybyło kielo telo?... To to jego gazdowstwo najmilsze. Wonieje to, a do słonka się iskrzy, jak złote.
Przyległ na chwilę, zadrzemało mu się. A tak się mu śnije, że się naokoło niego wszystko, wszystko staje zielone, jako na wiosnę bywa, kiedy się ziemia poczyna weselić.
Obudził się, chłodny wiater ku ranu; przejaśniła się noc, tylko w Kościelcu po pod turnie gruby cień.
Wstaje Jędrzej, przetarł oczy śniegiem, rąbie stupaje do przełęczy, stanął na niej.
Prawie namieniało na świtanie.
Patrzy się: wiérchy takie jak ze mgły, gdzieś tam od Lodowego przebiela, rózeje świat. I wyszedł taki skrawek światła, jak żebyś skrzele od białego kapelusza wystawił. Patrzy Jędrzej, ono się dźwiga to światło, taki obłoczek różany, leciuteńki, cihućki. I wyjechało takie słońce, jakoby się porosiło kasi w dolinak, jakieś mokre, wilgotne, wypłynęło tak do pół z poza turni i pyta się: Ze po co ześ ty haw prziseł Jędrek, tak rano?
A on mu odpowiedział: