Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Jasiek prasnąć wszystko, uciec w dyabły, ale co raz Maryna do niego: Zagros mi Jaśku na weselu...
I zostawał.
A Macicek przychodził do Krużlów dzień w dzień, zawsze wesoły, zawsze uśmiechnięty, zawsze rad. Raz, kiedy Maryna coś przy wieczerzy zuchwale odpowiedziała ojcu, powiada jej: Wis, Maryna, to se zapamiętoj: jakbyś mnie kie tak odpedziała, to byk cię tak wyrzezał tam, ka trza, co za trzy dni nie siędzies!
Zaświeciły się Marynie oczy — właśnie jedli kwaśnicę — odwiedzie rękę z łyżką i powiada: Ej! Byk cię teroz zaroz nie pacła w kufę!
A Macicek pięść w kułak: Pacnij!
Patrzą na siebie chwilę, spuściła Maryna głowę, wzięła się do jedzenia.
A stary Krużel, wójt, powiada: Tak trza, panie świenty. Kie baba do cie z grabiami, to ty do niéj z cepami, kie baba do cię z nozem, to ty ku niej z kosom. Tak trza, panie świenty! — Bo on ta takie miał porzykadło.
A w Jaśku Mosiężnym ginęło serce
Ku nocy idzie on przez dziedziniec, a Maryna siedzi na pniaku koło obory i płacze.
— Cegóz płaces, Maryna? — pyta jej się z tkliwością i przerażeniem, bo ją pierwszy raz płaczącą zobaczył.