Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


A Jaśka Muzykę już roztapiało na wnętrzu. Rzeze deski, piłuje, a w oczach mu uroda Marynina stoi, a w uszach mu jéj śpiewanie gra. — Marysia Chochołowska, Marysia Daleka była, jak miód, a ta tu jako ogień. Zamamiła go śpiewaniem zrazu, przychlebiła mu się potem — ale na co? Bo że ona to nie bez przyczyny śpiewała, tego był pewien. Musiała go widzieć gdzie, w kościele najprędzej, musiał go jej kto pokazać. I takom mu śtukę pokazała!...
Nieszczęsny ten Jasiek Mosiężny takie serce miał: trzysta bab mu się mogło rzędem u szyi wieszać — on nic; ale jak na swoją utrafił — bądź zdrów! Już w nim ani żyły, ani żebra niebyło — wosk.
— Tu bez niom zginem! — myślał.
— A coby poprógować? — myśli znowu.
— Ej! Ty ta co ś niom wyprógujes! — mówi sobie — Nie twoje scęście!
— Tamek nimioł scęścia, moze mi tu Pon Jezus pobłogosławi...
— Nie takim On nie pobłogosławił, jakoś ty...
— Ej! kieby jom jesce uwidzieć!...
— Dy jutro pudzies po monkę...
— A Marysia hańta, Hohołowska?...
Lecz pamięć Marysi Chochołowskiej w trudnem, ale artystycznie wrażliwem Jaśkowem sercu spełzła nagle, jak obraz na deszcz wyniesiony.