Przejdź do zawartości

Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Dzieci majom... dwoje... Hłopcusie... Takie majom bure ocy, jak i on... Widziałak... Hoć to jej dzieci, całowałabyk je po tyk ocak...
 Ej Jaśku!...
 — Ej Maryś!...
 — I tak już ostanem, na wiecność z tym bólem...
 — A coz teroz s nami bedzie? — mówi Jasiek.
 — Idź ode mnie, opuść mie — mówi Marysia — Nońdzies innom. Nikomu przy mnie scęście nie rośnie. Taki juz mój przeklęty los.
 — Hej! Ten to lód od tobie wiał!... A lubis mię? Hoć trohę?
 I ujmuje jej ręce, a ona je ściska palcami i ku piersi przysuwa i mówi: Lubiem. Lubiem bardzo!
 I wyrwała się i uciekła z szałasu.
 A Jasiek został tam i nie ruszył się, aż pasterze przyszli i tak go znaleźli, jak umarłego.
 — Co ci się stało, Jasiek? — pytają się.
 — Niekcioł mię Pon Jezus wzionć, niekze mię weznom dyabli! — on mówi i wyszedł.
 Szuka Marysi, znalazł ją w szopie, krowy dojącą. Świeci się kaganek przy niej.

 — Maryś! — powiada Jasiek — Jo cię tak nie opuscem, nie kcem opuścić! Jo niejest taki hłop, cobyk się spieroł, cobyk cię przemóc fciał, gwołte kcioł brać. Kiebyś była biédno, kieby jo był bo-