Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/043

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


popod ścianę to samo. Niebieskie miała oczy, mgliste; niby patrzy niemi we świat, ale dobrze widno, że nic na nim nie widzi. Odezwiesz się do niej, to zaraz głowę dźwignie, uśmiechnie się, a tak słodko mówi, tak mile, jakby miód w serce kapał. Do tańca pójdzie, na wesele przyjdzie, będzie się z parobkami i przyśmiewać, ale to znać, że jej to nie w głowie, że gdziesi indziej jej myśl. A najlepiej lubi siąść gdzie samotnie za krowami, albo się w komorze zamknąć w domu. To się wtedy położy na trawę, albo na łóżko, oczy przymknie i leży. Nazywali ją Marysia »daleka«, że to daleko gdzieś od światu odchodziła.
A byli i tacy, co ją brać chcieli, bo ładna dziéwka była, wyrośnięta, jak kwiat, gospodarna, skromna i majętna. Ale ona dziękowała, a niechciała.
— Poproś mię ty na swoje wesele z inom, a jo cię zaś bedem pytać na mój pogrzyb — mówi i uśmiecha się tak smutno, jakżeby więdło ziele, a tak jasno, jak woda w potoku.
Było jej już dwadzieścia trzy lata i tak trwała.
Ej, kiedy ją ten Jasiek Mosiężny muzyka pod Ornakiem poznał, nie poszedł on też już więcej tego lata ani ku Poraniankom do Pańszczycy, ani do Zuberskiej Doliny ku orawskim pannom. Został w Kościeliskach i tam siedział, a najraczej sobie przyśpiewywał: