Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mielibyście wy dziś być na cym gazdami, kieby nie jo! Haj! Jo i od Kroatók i z Bośnije dudki nosił. Jak padnie, to im samym jesce byćki wywiedem! Niek sa warujom! Miśko, jest ta jesce palenka?
Podał mu Kamiński flaszkę; pił.
Splunął, usta rękawem obtarł: Dobro! daj jesce!
Pił.
Odstawiał od ust i mruczał: Niek sa warujom, niek sa strzegom, synkowie! Na jutro na rano moze bycek haw być! Haj!
Pił. Twarz mu się zaczerwieniła, ogromne wyłupiaste oczy koło krzywego nosa napęczniały jakoby blaskiem, wązkie, podłużne, schylone ku dołowi po kątach wargi, zaczęły drgać.
— Hej synkowie, gazdowie! Ciepło wom! Baba pościel grzeje. Haj!...
Poczęło mu się mieszać w głowie.
— Hej, niebyło to, jako Łuscykowie Jaskrawi, Józek i Stasek... Ci to, co tę hałupę zbójeckom pobudowali... Były hłopy!...

»Dobrzy hłopcy byli, ale się mineni,
I my się miniemy po malućkiej kwili...«

Łuscykowie Jaskrawi... Łunę urobili roz takom, niedaleko Kokawy, co całe niebo spłonęło... Haj!...
Łuscykowie Jaskrawi... Hej! Kieby by jednego