Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/031

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


surowe mięso nożem krajał, solą tęgo posypywał i do ust kładł, a co kęs zżuł, przechylał flaszkę z wódką i pił, a pił tak, że nim głód zaspokoił, półtorej flaszki było próżne. Tak on to »warzył w sobie«. Ale nie było po nim znać, bo był chłop silny i zdrowy.
Kiedy się już mięso ugotowało i wszyscy się najedli, poukładali się koło watry i zapalili fajki, a Zośka tak, jak i inni. I mało kto taki potrafił kłąb dymu puścić, jak ona.
Gwiazdy już poczęły wychodzić na niebo i świecić przez dziury dachu do wnętrza.
Lipcowy był wieczór, ciepły, wiatr polatywał od gór, szumiąc po lesie tak wesoło, jakoby się cieszył własnemi skrzydłami i lotem.
Joachim, czyli Johym Topór Jasica Gacek leżał blizko ognia, bo on się chętnie już i w niechłodną noc grzał. Chował on bardzo staroświecką modę, bo jeszcze na szyi wieniec z kamyków i kostek nosił, a na głowie czapkę baranią wysoką, szpiczastą, pookręcaną rzędami muszelek. Głowę miał podobną do głowy starego puhacza, gdyż oczy miał ogromne, wyłupiaste, i bokobrody zapuścił, które mu się strzępiły koło twarzy w długich kudłach. Pamiętał siła pradawnych rzeczy, a za młodu pamiętał jeszcze łuk na ścianie w chałupie, z którym jego przodkowie na polowanie nie-