Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/025

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


strzelba nie wypaliła, czy proch na panewce zamókł, czy co, a natomiast jeden z liptowskich strzelców wpakował mu kulę pod żebra. Z nią ustąpił Samek z pola, świadomy, że ustępuje honornie, i przeszedł, ciekąc krwią, Mięguszowiecką Przełęcz, przeszedł od Rybiego het popod Wołyszyn, nie jedząc i nie pijąc, bo nie było co, wszystko bowiem przy świstaczej jamie zostało, aż go nareszcie za Waksmundzką na perci znużenie zmogło i o to tylko duszy swojej prosił, aby zeń nie uciekła, nim się do zbójeckiej chałupy dobije. Tam też padł na cetynę po ostatniem czyjemś legowisku, zbójników, albo strzelców, i został.
Wtedy — ale Boze hroń od gorącki z rany, ino z Boskiego dopuscenio, dało mu się widzieć, czego żaden góral nigdy nie widział.
Słaby był tak od upływu krwi, że ani ręką, ani nogą ruszyć nie mógł gdy nagle zdało mu się, a było to po zachodzie słońca, ciemnawo, bo mglisty był dzień i padał deszcz — że się jakiś cień pojawił we drzwiach, choć były zamknięte, a zaraz potem drugi. Jeden stanął po lewej stronie drzwi, drugi po prawej.
— Śmierzć — pomyślał Samek — ale na kigozby dyaska dwie przisły, dy jedna całemu światu, królom, biskupom i dochtorom, nie dopiro hłopu