Strona:PL Kazimierz Gliński - Bajki (1912).djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w kajdany i zastępy zwycięskie pod same mury stolicy przywiódł. Co ma znękany król zrobić teraz z niewielką garstką wojowników, skupionych przy nim?... Gród poddać czy walczyć do ostatniej kropli krwi?... Zginąć czy iść w jarzmo niewoli?
Zebrało się mężów stu, najdzielniejszych, najmożniejszych. Zeszli się w komnacie podziemnej królewskiego pałacu na naradę ostatnią. W prawicach miecze żelazne, hełmy spuszczone na głowach, zmieniony głos nawet, ażeby jeden drugiego nie poznał, gdy z czyichbądź ust wypadnie słowo:
— Poddać się!
Chyba, że wszyscy będą mieli myśl jednaką; wtedy bez sromu hełmy odkryją i ugną przed nowym królem kolana.
Komnata duża — w komnacie mrok. Płoną czerwone pochodnie, czarny dym w kłęby się wije. Stu mężów siedzi przy stole i oczekuje znaku. Głosować mają gałkami: czarne — za poddaniem się, za walką i śmiercią — białe. Hasłem do rzucania ma być uderzenie północy przez zegar królewski. Za karmazynową kotarą, w loży swojej, siedzą król i królewna.
Milczenie — cisza.
Cyka wahadło zegarowe, wskazówka posuwa się powoli, ale wciąż naprzód i naprzód!
Groza! strach!...
Dochodzi północ...
Czas, czas losy rzucać...
Zegar cyknął i uderzył.
Głucho dzwoni tarcza miedziana, na którą padają gałki. Upadła jedna, druga, pięćdziesiąta i dziewięćdziesiąta dziewiąta...
Wszystkie czarne!
Piersi odetchnęły swobodniej. Nikt w oczy rycerzy nie rzuci obelżywem słowem podłości — bo wszyscy podli!...