Strona:PL Karol Miarka - Kantyczki 01.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tali: * My drogi nie wiemy, jesce gdzie zbłądzimy do srogiej kaźni.

Bartos. Przecie z ciebie Symku prostak, kiedy jesce nie rozumies tego, * Co Janieli dość wyraźnie powiadają, ze narodzonego * Pana, który z nieba przysedł, sukać trzeba w Betleem Judzkiem.

Tamze idźmy jak na pewne, wprzódy jednak nizeli pójdziemy, * Gospodarzów ze zostaną przy bydełku, sobie uprosimy: * A ci z parobkami, takze z kundysami, będą strzedz trzody.

Tomek. Juzci to iść jak iść mniejsa; ale z cem iść, to stuka; co damy * Tak wielkiemu Panu, kiedy nic godnego dla Niego nie mamy: * Chyba jak charłacy, ze Mu z nasej pracy co darujemy.

Bartos. Nie takie to Pan, jak nasi, azeby miał cego potzebować; * Ma On wsystko, bo jest Bogiem; co das, tem się będzie kontentować: * Bo On na ochotę i chęć, nie na złote patrzy podarki.

Więc o to się, ze to z wielkim Panem sprawa, najmniej nie turbujmy, * Lec kazdy das co mas w domu, a podarki cemprędzej gotujmy: * Co mało cy wiele, zabrawsy w kobiele, ponieśmy Panu.

Ja najpierwej na co mnie stać, co mogę mieć u siebie, cielątko * Zaniosę Mu. A ty Kuba co das? Kuba. Oto dam Mu pstre koźlątko. * Banek. Toć ja na ofiarę kapłonów Mu parę tłustych zaniosę.

Griger. A ja skopa najlepsego Temu Panu nie będę żałował. *