Strona:PL Karol May - Winnetou w Afryce.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w pańskiej skórze, gdyby pana odkryli, a właściwie zdemaskowali. Czy korzyść, którą pan sobie obiecuje, jest aż tak duża, że nie cofa się pan przed ryzykiem?
— Stanowczo. Można zarobić, jak sądzę, setki tysięcy.
— A zatem będzie pan musiał zostać tutaj dłużej i nie wyjedziesz ze mną?
— Niestety, będę musiał zrezygnować z pańskiego towarzystwa, albowiem jutro już wyruszam w głąb kraju.
— Jutro? To niezwykle prędko! Czy nie pomyślał pan o niebezpieczeństwach takiej wyprawy?
— Nie. Nie grozi mi niebezpieczeństwo, gdyż jadę pod dostateczną ochroną.
— Mianowicie?
— Sir Emery dotrzyma mi towarzystwa.
— Tak —? Naprawdę —?— cedził z rozczarowaniem każde słowo. — Byłem pewny, że pojedzie ze mną!
— Tak się, niestety, nie stanie. Skoro tylko dowiedział się o moich zamiarach, natychmiast postanowił ze mną pojechać. Oczywiście, bardzo mnie to cieszy, gdyż jest to człowiek obyty, nader doświadczony i towarzystwo jego może mi przynieść wiele pożytku. Ale nietylko on ze mną pojedzie. Będzie mi towarzyszył jeszcze ktoś: Krüger-bej.
— Ten? Czy naprawdę?
— Tak. I nie sam, lecz także jego jazda. Widzi pan zatem, że nie ma się czego obawiać.