Strona:PL Karol May - Winnetou w Afryce.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Wszak mówiliśmy, że jesteś Anglikiem Jonesem, a Winnetou — Somalijczykiem Ben Asra.
— Cóżto szkodzi?
— Co szkodzi? Dziwne pytanie! Zazwyczaj łatwiej rozumiesz! Jest rzeczą wykluczoną, aby Hunter nie posłyszał w drodze waszych prawdziwych nazwisk. A wówczas zbudzimy w nim podejrzenia.
— Zbyteczne skrupuły. Przekonam go, że oszukujemy nie jego, lecz Pana Zastępów.
— Hm — być może. Ale czy ci się uda?
— Z pewnością. Powiadam wam, im bardziej wyrafinowany złoczyńca, tem łatwiej go podejść.
Zapukano do drzwi. Był to stary Sallam. Pan Zastępów przysłał go wraz z dziesięciu jeźdźcami po Emery’ego i Winnetou. Stanowiło to dowód szacunku i życzliwości Krüger-beja. Emery uiścił się z drobnego rachunku hotelowego, poczem cała kawalkada ruszyła do Bardo. Ja tymczasem pojechałem do Zaghuanu.
Nietrudno było znaleźć mieszkanie Bu Marama. Jako koniarz, przyjmował wielu ludzi i dlatego mogłem się dowiadywać o jego adres, nie zwracając na siebie uwagi. Zatrzymałem się wreszcie przed długim, wąskim, niskim, biało otynkowanym budynkiem, który składał się tylko z sutereny i był okryty dachem. Marama otworzył wrota i wpuścił mnie do podwórza, gdzie w licznych ogrodzeniach stały konie na sprzedaż. Obejrzał z początku mego kasztana, a następnie mnie samego z wyrazem zdziwienia na twarzy i, podczas gdy zsiadałem z konia, zapytał podejrzliwie:
— Czy przyjechałeś, aby sprzedać konia?