Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   506   —

— Tego nie powiedział. Musieliśmy dać mu także dużo prochu.
— Do strzelania?
— Nie, do rozsadzania skał.
— Czy widziałeś, gdzie schował totem?
— Do worka z lekami, co mnie zdziwiło, bo wiem, że blade twarze tego nie noszą.
— Uff! — zawołał stojący obok mnie Pida. — On go ma jeszcze. To mój lek, on mnie go ukradł.
— Ukradł? — zapytał Inta zdziwiony. — Czy to był złodziej?
— Jeszcze gorzej.
— Przecież miał totem Winnetou!
— Ukradł go. To był Santer, który zamordował Inczu-czunę i Nszo-czi.
Starzec skamieniał. Zostawiliśmy go razem z jego przestrachem i odeszliśmy.
Nie udało nam się zatem doścignąć Santera, nie zdobyliśmy nawet części drogi, o którą był nas wyprzedził. To było przykre, to też „Krwawa Ręka“ zaproponował:
— Nie zostaniemy tu wcale i jedziemy zaraz. Może dopędzimy go, zanim dotrze do Ciemnej Wody.
— Czy sądzisz, że można to uczynić bez odpoczynku. Księżyc świeci, możemy przeto jechać nocą.
— Mnie nie potrzeba spoczynku.
— A Pida?
— Ja nie spocznę, dopóki nie odzyskam leku.
— Dobrze! To zjedzmy co i weźmy świeże konie! Mego szpaka zostawię tutaj. Mnie także pilno. To, że wziął z sobą prochu i lont, wskazuje, że ma zamiar coś rozsadzić, a tem mógłby mi wszystko zburzyć. Musimy śpieszyć!
Mieszkańcy puebla prosili nas bardzo, żebyśmy się jeszcze zatrzymali, żebym ja opowiedział, co przeżyliśmy z Winnetou i o jego śmierci. Pocieszyłem ich obietnicą rychłego powrotu i już w dwie godziny po przybyciu jechaliśmy na świeżych koniach zaopatrzeni obficie