Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   500   —

— Tak. Ich piędziesięciu spotka się z Keiowehami, liczącymi tylko jedenastu ludzi.
— Jak daleko stąd znajdują się wasi?
— Kiedyśmy się z tobą zetknęli, byli o pół dnia drogi za nami.
— A Keiowehowie, jak to widzę z ich śladów, są tylko o pół godziny przed nami. Śpieszmy się, ażeby ich doścignąć, zanim zejdą się z Apaczami!
Puściłem konia cwałem, gdyż spotkanie obu oddziałów, które chciałem zamienić w przyjazne, mogło nastąpić każdej chwili. Pida zasłużył na to, żebym się za nim ujął.
Wkrótce przybyliśmy do miejsca, w którem rzeka zataczała duży łuk. Keiowehowie znali go widocznie, gdyż nie pojechali wzdłuż, lecz przecięli go wprost.
My uczyniliśmy to samo i spostrzegliśmy ich niebawem na równinie jadących tak, że jeden koń wstępował w ślady drugiego. Nie zauważyli nas, gdyż żaden z nich się nie oglądnął.
Wtem zatrzymali się nagle i zawrócili czemprędzej. Zaraz potem spostrzegli nas, zatrzymali się znowu na chwilę i cofali się w dalszym ciągu, lecz nie wprost na nas.
— Czemu oni wracają? — zapytał Yato-ka.
— Zobaczyli waszych wojowników i poznali, że tamci mają przewagę. Nas jednak jest tylko trzech, sądzą więc, że nas nie potrzebują się obawiać.
— Tak, to nadciągają nasi Apacze. Czy widzisz ich? Dostrzegli Keiowehów i pędzą ku nim cwałem.
— Wyjedźcie obaj naprzeciw nich i powiedzcie „Krwawej Ręce“, żeby się zatrzymał, dopóki ja nie nadjadę.
— Dlaczego nie jedziesz z nami?
— Muszę pomówić z Pidą. Naprzód, prędzej!
Usłuchali mego wezwania, ja zaś udałem się na lewo, gdzie Keiowehowie chcieli nas ominąć. Byli jeszcze zbyt daleko, żeby mnie poznać, dopiero kiedy się do nich zbliżyłem, zobaczyli, kim byłem. Pida krzyknął