Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   488   —

Gates, Clay i Summer wyglądali jak skazańcy.
— Mr. Shatterhand — rzekł pierwszy, gdy przedemną stanęli — słyszeliśmy, co się stało. Czy to coś strasznego, gdy się zgubi stary worek z lekami?
— To wasze pytanie utwierdza mię w dotychczasowem przekonaniu, że nic nie wiecie o Dzikim Zachodzie. Zgubić lek, to największe nieszczęście, jakie się może zdarzyć indyańskiemu wojownikowi. O tem powinniście wiedzieć!
— Well! Dlatego to Pida był tak zawzięty, że aż nas skrępować kazał! No, teraz będzie źle z Santerem, jeśli go złapią!
— Zasłużył sobie na to! Czy wierzycie już teraz, że chciał was podejść?
— Nas? Czy nas może obchodzić lek, z którym on umknął?
— Nawet bardzo! W worku z gusłami znajdują się papiery, których tak pragnął Santer.
— O ileż te papiery były dla nas ważne?
— Zawierają dokładny opis miejsca, gdzie są schowane nuggety.
— A do wszystkich dyabłów! Prawda to?
— Najpewniejsza!
— A może się mylicie?
— Nie. Ja czytałem te papiery.
— To znacie także to miejsce?
— Oczywiście.
To wymieńcie nam to miejsce, mr. Shatterhand, wymieńcie! My pojedziemy za tym złodziejem i zabierzemy mu złoto z przed nosa.
— Wy tego nie potraficie, a zresztą, nie wierzyliście mnie dotychczas, to i nadal nie wierzcie. Santer zamówił was tylko jako psy do wytropienia złota, potem byłby was powystrzelał. Teraz może się bez was obejść i nie potrzebuje zmuszać was do milczenia, wiedząc, że czerwoni będą was uważali za jego towarzyszy i tak z wami postąpią, jak właśnie postąpili.