Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   477   —

Patrzył na mnie z wyczekiwaniem, czy odpowiem. Gdy to nie nastąpiło, roześmiał się:
— Hahahaha! Co to za obraz! Słynny Old Shatterhand pod drzewem śmierci, a łotr Santer wolny człowiek. Ale przyjdzie jeszcze coś lepszego, jeszcze o wiele lepszego, sir! Czy nie znacie przypadkiem lasu, czegoś w rodzaju jodłowego lasu, albo Indelcze-czil?
To słowo mnie zastanowiło. Było ono w testamencie Winnetou. Czułem, że chciałem Santera przebić oczyma.
— Ach! Patrzy na mnie, jakby w głowie zamiast oczu miał szable! — roześmiał się. — Tak, tak, podobno takie lasy istnieją!
— Skąd się o tem dowiedziałeś, łotrze? — spytałem.
— Stamtąd, skąd wiem także o Tse-szoch. Znasz to może?
— Do stu piorunów! Ja... ja...
— Zaczekajno, zaczekaj! — przerwał mi. — Co to za szczególna rzecz — Deklil-to, czy jak się to nazywa. Chciałbym...
— Łotrze! — wrzasnąłem. Nie, ryknąłem. — Papiery, które dałem...
— Tak, ja mam je! — wtrącił z szyderczym tryumfem.
— Okradłeś Pidę?
— Okradłem? Niedorzeczność, głupota! Zabrałem tylko to, co było moje. Czy to jest kradzież? Mam papiery, mam, z całem opakowaniem.
Przy tych słowach uderzył się w piersi w okolicy kieszeni.
— Trzymajcie go, pochwyćcie go! — krzyknąłem do dozorców.
— Mnie? — zaśmiał się, dosiadając czemprędzej konia. — Spróbujcie tylko!
— Nie puszczajcie go! — ryczałem. — On okradł Pidę, on nie powinien umknąć, on...
Dalsze słowa uwięzły mi w gardle wskutek wysiłku, jaki uczyniłem, aby się od drzewa oderwać. Santer odjechał tymczasem w cwale, a dozorcy zerwali się wprawdzie, ale nie zrobili nic; wytrzeszczyli tylko bezmyślnie