Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   465   —

zważać, skoro się usiłuje zagnieździć. Słyszałem, że teraz mieszka obok ciebie.
— Tak, ten namiot był wolny.
— Pilnuj, żeby nie wszedł do twego! Ma widocznie taki zamiar.
— Ja go wyrzucę!
— Możesz to uczynić, gdy przyjdzie otwarcie. A co będzie, jeśli zakradnie się pokryjomu, a ty tego nie spostrzeżesz?
— To nie uszłoby mojej uwagi!
— Nawet, gdyby cię nie było w namiocie?
— Będzie w nim moja skwaw i wypędzi go.
— On chce koniecznie posiąść ten mówiący papier, który odemnie wziąłeś.
— Nie dostanie go.
— Tak, ty mu go nie dasz, ale czy zdołasz przeszkodzić kradzieży?
— Gdyby mu się nawet udało przyjść skrycie do namiotu, nie znalazłby go, gdyż schowany jest nadzwyczaj dobrze.
— Spodziewałem się tego. Czy pozwoliłbyś mi jeszcze raz popatrzeć na ten papier?
— Widziałeś go już i przeczytałeś.
— Nie cały.
— Zobaczysz go, ale nie teraz, bo już ciemno się robi. Przyniosę ci jutro rano, gdy będzie jasno.
— Dziękuję ci! I jeszcze jedno: Santer pożąda nietylko mówiącego papieru, lecz i strzelb moich, znakomitych. W czyich rękach są one teraz?
— W moich.
— To przechowaj je dobrze!
— Są doskonale ukryte. Gdyby nawet potrafił w biały dzień wejść do mego namiotu, nie mógłby ich zobaczyć, Owinąłem je w dwa koce i wsunąłem pod moje łoże, żeby nie zaszły wilgocią. Teraz są moje. Ja będę twoim następcą w sławie z posiadania sztućca, Old Shatterhand więc spełni mi jedną prośbę.
— Bardzo chętnie, jeśli będę mógł.