Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   448   —

— Łatwo pojmie każdy, że tylko dzięki mnie możecie zemścić się na nim. Czy ty przyznajesz to?
Starzec potwierdził pytanie.
— Czy wyrządziłbyś mi za to przysługę?
— Jeśli będę mógł.
— Możesz.
— Czego więc sobie życzysz?
— Old Shatterhand ma w kieszeni mówiący papier, który ja chciałbym posiadać.
— Czy ci go zabrał?
— Nie.
— Czyj więc jest ten papier?
— Nie jego, bo on go tylko znalazł. Ja właśnie pojechałem do Mugworthills, aby go szukać; niestety on pierwej przybył.
— Niech będzie twoim. Odbierz mu go!
Santer ucieszył się wynikiem swoich starań i zbliżył się. do mnie. Ja nie odezwałem się ani słowem, nawet się nie poruszyłem, spojrzałem mu tylko groźnie w twarz. On zląkł się i nie ośmielił się na mnie porwać.
— Słyszeliście, co wódz nakazał, sir — rzekł do mnie.
Tym razem nie powiedział „ty“, lecz nawet „sir“. Gdy i na to nie odpowiedziałem, dodał:
— Mr. Shatterhand, lepiej się nie opierajcie! Zgódźcie się na to! Sięgnę teraz do waszej kieszeni.
Podszedł jeszcze bliżej i wyciągnął ręce. Na to ja uderzyłem go mojemi, chociaż były związane, pod brodę tak, że padł wstecz na ziemię.
— Uff! — zawołało kilku czerwonoskórych z widocznem zadowoleniem.
Tangua jednak był innego zdania, gdyż zawołał:
— Ten pies broni się, chociaż skrępowany! Zwiążcie go tak, żeby się nie mógł ruszyć i wyjmijcie mu potem z kieszeni mówiący papier!
Na to zabrał głos nareszcie po raz pierwszy syn jego, Pida: