Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   442   —

Nie powinienem był wyrządzić mu tego zaszczytu, ale mimo to odpowiedziałem:
— Nie potrzeba zaproszenia, gdyż ty będziesz tam prędzej odemnie.
— Ach, naprawdę? Myślisz zatem o ucieczce? Dobrze, że mówisz tak otwarcie. Ja cię przytrzymam. Możesz mi wierzyć!
Indyanie udali się tymczasem na dolinę, gdzie znajdowały się ich konie. Nogi zostawiono mi wolne, lecz przywiązano mnie do dwu czerwonych, między którymi miałem iść. Pida zarzucił sobie na plecy obie moje strzelby, a Santer szedł ze swoimi trzema towarzyszami, którzy prowadzili za sobą konie. Mego konia wziął jeden z Keiowehów za cugle.
Przybywszy na dół, rozłożyliśmy się znowu obozem. Indyanie rozniecili kilka ognisk i zabrali się do pieczenia dziczyzny, którą przynieśli z sobą. Oprócz tego mieli w workach przy siodłach mięso suszone. Ja dostałem tak duży kawał wyśmienitej pieczeni, że ledwie go zjadłem, ale nie zostawiłem nic, gdyż zależało mi na tem, żeby sił nie utracić. Do jedzenia musiano mi rozwiązać ręce, lecz przez ten krótki czas pilnowano mnie tak dobrze, że nie mogłem pomyśleć o ucieczce. Po tym posiłku przywiązano mnie do mego konia i ruszyliśmy do wsi Keiowehów.
Na dolinie oglądnąłem się jeszcze, aby rzucić okiem na Nugget-tsil. Nasunęło mi się przytem smutne pytanie, czy też ujrzę jeszcze kiedy mogiły Inczu-czuny i jego córki, bo jako trup nie mogłem ich już zobaczyć.
Droga od Nugget-tsil do wsi nad Salt-forkiem już znana, a w czasie jazdy naszej nie stało się nic godnego wzmianki. Czerwoni strzegli mnie bardzo surowo, a gdyby nawet byli tego nie czynili, mimoto umknąć nie było można, gdyż Santer dotrzymywał słowa, starając się o to, żebym nie znalazł najmniejszej sposobności do ucieczki. Usiłował utrudniać mi jazdę, jak tylko mógł, robił przykrości, żeby mię do gniewu doprowadzić. Niestety to mu się nie udawało, gdyż ani nie myślałem