Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   406   —

trudu, by taki skład założyć, nie dzieje się to nigdy dla odrobiny.
— To całkiem słuszne!
— Było więc tam dużo, bardzo dużo złota. To, co zabrali Winnetou i jego ojciec, było tylko małą częścią. Nie prawdaż?
— Przyznaję także.
— I dla takiego głupstwa zabił mr. Santer dwoje ludzi!
— Hm, tak, ale to było praktyczne. Chciał zdobyć i tę małą sumę.
— Czyż jeszcze nie pojmujecie, do czego zmierzam. Ta praktyczność, którą tak usprawiedliwiacie, może być dla nas wysoce niebezpieczną.
— Niebezpieczną? Jakto?
— Wyobraźcie sobie, że idziemy do Mugworthills i znajdujemy cały skarb; potem...
— Potem dzielimy go natychmiast między siebie — wtrącił prędko, przerywając mi zdanie.
— Tak, dzielimy. Jak sądzicie, ile otrzyma każdy z nas?
— Któż to może oznaczyć? Musiałoby się wprzód wiedzieć, ile tam złota jest wogóle.
— I wtedy nie moglibyście wiedzieć, ile każdy dostanie, gdyż mr. Santer zażąda dla siebie lwiej części, a nam przyzna tylko tyle, ile mu się spodoba.
— Nie, tego on nie uczyni. Co do tego, mylicie się stanowczo!
— Ja jednak trwam przy swojem twierdzeniu.
— Podział będzie bardzo uczciwy, nikt nie otrzyma więcej, aniżeli drugi.
— Nawet Santer nie?
— Nie.
— Czy on sam to powiedział?
— Tak. Nietylko przyrzekł, lecz nawet dał nam rękę na to.
— Czy wydał wam się przytem dostojnym?