Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   385   —

Nasza godzina wybiła. Pochwyciłem początek sznura, aby być pierwszym, ale Winnetou wziął mi go z ręki.
— Wódz Apaczów prowadzi — rzekł. — Niech mój brat idzie za nim!
Umówiliśmy się, że nasi pójdą za nami w takich odstępach, żeby, gdy lina dostanie do ziemi, tylko po czterech naraz znajdowało się na niej. Winnetou pierwszy uczepił się liny. Ja zaczekałem, aż on dotarł do pierwszego wyskoku i poszedłem za nim, a za mną Fred. Spuszczaliśmy się w dół o wiele prędzej, aniżeli sądziliśmy pierwotnie, gdyż ledwie mogliśmy się utrzymać. Na szczęście lina była mocna na tyle, że urwaniem się nie groziła.
Oczywiście, że strącaliśmy w głąb mnóstwo kamieni, czego z powodu ciemności nie podobna było uniknąć. Zdaje się, że kamień uderzył jedno z dzieci, gdyż zaczęło krzyczeć. Natychmiast ukazała się w szczelinie, oświetlonej ogniskiem, głowa Indyanina, który widocznie usłyszał, że spadają kamienie. Spojrzał w górę i wydał głośny okrzyk ostrzegawczy.
— Naprzód, Winnetou! — zawołałem. — Inaczej wszystko przepadło.
Ludzie, znajdujący się na górze, zauważyli, co się działo na dole i spuścili linę czemprędzej. W pół minuty potem byliśmy już na ziemi, ale równocześnie błysnęły ku nam ze szczeliny dwa strzały. Winetou runął na ziemię.
Stanąłem, nie mogąc kroku zrobić z przerażenia.
— Winnetou, mój przyjacielu — zawołałem — czy cię kula trafiła?
— Winnetou umrze — odparł z bólem Apacz.
Na to porwała mnie wściekłość, której nie zdołałem się oprzeć. W tej chwili właśnie schodził za mną Walker.
— Winnetou umiera! — rzekłem doń. — Dalej na nich!
Nie tracąc czasu na zdejmowanie sztućca z ramienia, ani na pochwycenie noża lub rewolweru, rzuciłem się z podniesionemi pięściami na pięciu Indyan, którzy