Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   363   —

przecież nie moglibyśmy jeszcze być tutaj. Sądzę, że w samą porę przybyliśmy do obozu. Na kiedy spodziewacie się railtroublerów i Ogellallajów?
— Uderzą na nas jutro w nocy.
— No, to mamy jeszcze czas lepiej się poznać, sir — roześmiał się Rudge. — Chodźcie wraz ze swoim czerwonym przyjacielem! Będziecie dla mnie miłymi gośćmi!
Zaprowadził mnie i Winnetou do innego budynku, podzielonego na kilka izb, z których jedna stanowiła jego mieszkanie. Miejsca było tam dla nas podostatkiem. Pułkownik Rudge była to dzielna osobistość, której można było wierzyć, że nie boi się Indyan. Wnet nabraliśmy nawzajem do siebie zaufania, a Winnetou, którego pułkownik znał z imienia oddawna, znalazł także przyjemność w jego towarzystwie.
— Chodźcie, panowie, ukręcimy szyjkę jakiej butelce, skoro nie możemy na razie zrobić tego czerwonym — rzekł inżynier. — Rozgośćcie się swobodnie i niech wam się zdaje, że jesteście u swego dłużnika. Gdy nadejdzie wasz towarzysz, gruby Walker, niech zasiądzie tu z nami.
Byliśmy pewni, że od teraz śledzono ze skał nasze ruchy, dlatego zachowywaliśmy się odpowiednio. Niebawem powrócił Fred. Nie widział on także nic, ale sygnał usłyszał wyraźnie.
Przez dzień nie mieliśmy nic do roboty, ale czas nam się mimoto nie dłużył. Rudge dużo przeżył i umiał dobrze opowiadać. Gdy nastał wieczór i czerwoni nie mogli już nas widzieć, ukończono przygotowania obronne, za których zarządzenie pochwalił mnie kolonel ku memu wielkiemu zadowoleniu.
Tak przeszła noc i dzień następny. Było to w czasie nowiu. Zmierzch wieczorny zasłaniał zwolna parów ciemnością, potem zaczęły błyszczeć gwiazdy, rozjaśniając okolicę na tyle, że można było objąć okiem dość szeroki pierścień dokoła muru.
Każdy z ludzi uzbrojony był w rusznicę i nóż, a wielu oprócz tego w rewolwery. Ponieważ Indyanie