Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   351   —

białego męża, gdyż biali są synami Wielkiego Manitou, który miłuje także czerwonych mężów!
To postanowienie było pierwszym owocem naszej wczorajszej rozmowy, a byłem pewien, że słowa moje działać będą i nadal. Słowo Boże jest ziarnkiem gorczycznem, które kiełkuje w ukryciu, a skoro raz przebije twardą skorupę, rośnie w świetle szybko i bujnie.
Konie nasze, wypoczęte zupełnie po wczorajszej uciążliwej jeździe, pędziły teraz bez zarzutu. Mieszkańcy osady Helldorf bywali często w Echo Cannon i opisali nam dokładnie najkrótszą drogę, wiodącą do tej stacyi. Wobec tego spodziewaliśmy się dostać tam tego samego dnia wieczorem.
Winnetou stał się jeszcze bardziej milczącym, niż zwykle. Wyjeżdżał co jakiś czas daleko naprzód i wtedy, zdaje się, sądząc, że go nikt nie słyszy, powtarzał sobie, mrucząc z cicha, melodyę Ave Maria. Uderzyło mnie to tem bardziej, że Indyanie prawie bez wyjątku nie mają muzykalnego słuchu.
Popołudniu stały się zarysy gór potężniejsze i bardziej strome. Wjechaliśmy w labirynt dziwnie ciasnych i poplątanych parowów, aż w końcu przed wieczorem ujrzeliśmy z wyżyny cel naszej drogi, Echo-Cannon z torem kolejowym i cichym obozem robotniczym, który postanowiliśmy ocalić.