Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   350   —

— Mój brat Szarlih wygłosił słowa, które umrzeć nie mogą. Winnetou nie zapomni dobrego, wielkiego Manitou białych, ani Syna Stwórcy, który umarł na krzyżu, ani Dziewicy, która mieszka w niebie i słucha śpiewu settlerów. Wiara czerwonych mężów uczy nienawiści i śmierci, a wiara białych miłości i życia. Winnetou namyśli się nad tem, co wybrać, czy śmierć czy życie. Dzięki mojemu bratu! Howgh!
Teraz powróciliśmy do domu, gdzie się już o nas niepokojono. Rozmowa toczyła się o rozbójnikach i o Indyanach. Ja zauważyłem, że, jako tak daleko wysuniętą placówkę, powinni byli swoją osadę większymi środkami obronnymi wzmocnić. Oni to uznali i postanowili wkrótce uzupełnić. Nie ulegało wątpliwości, że osada ich tylko dzięki swemu ukryciu uszła oczu dzikich, bo gdyby choć jeden z nich znalazł się w pobliżu, byłoby po osadnikach. Tych czternastu mężczyzn zaopatrzyło się wprawdzie w dobrą broń i dostateczną ilość amunicyi, a kobiety i dzieci miały dość odwagi i wprawy, aby strzelać skutecznie, ale co to znaczyło wobec hordy dzikich, złożonej z setek? Ja nie byłbym domów budował na otwartem, nieobronnem miejscu, lecz tuż nad jeziorem, żeby na nie tylko od strony lądu można było napaść.
Kierunek, który obrali zbóje, przechodził wprawdzie w pewnem oddaleniu stąd, mimoto poradziłem settlerom, żeby się mieli na baczności i wzmocnili słabe ogrodzenia.
Późno już było, kiedy po odejściu gości udaliśmy się na spoczynek. Nazajutrz rano rozstaliśmy się z tymi zacnymi ludźmi, dziękując im serdecznie za gościnne przyjęcie. Oni odprowadzili nas jeszcze kawałek i wymusili przyrzeczenie, że kiedyś jeszcze wstąpimy do nich, gdyby nam droga wypadła w pobliżu ich osady.
Przed samem pożegnaniem zeszło się jeszcze raz ośmiu śpiewaków, aby Apaczowi zaśpiewać Ave Maria. Kiedy skończyli, podał on wszystkim rękę i powiedział:
— Winnetou nigdy nie zapomni tonów białych przyjaciół. On przysiągł nie zabrać już nigdy skalpu