Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   344   —

Gdy mu na to wyjaśniłem całą sprawę, patrzył długo przed siebie, potem zmierzył ciemnem okiem obecnych, aż w końcu spytał:
— Czy ci ludzie spełnią jedno życzenie Apacza?
— Jakie?
— Jeśli mi jeszcze raz zaśpiewają to, co Winnetou słyszał przed doliną, to powie im, gdzie leżą takie kamienie.
Było to dla mnie ogromną niespodzianką. Czyżby to Ave Maria tak potężnie podziałało na tego Indyanina, że w zamian za śpiew zgodził się na zdradzenie górskich tajemnic?
— Zaśpiewają! — odpowiedziałem ja.
— W takim razie niech szukają w Górach Ventre. Tam jest mnóstwo ziarn złotych, a w dolinie rzeki Beaverdam, wpadającej do jeziora Yellovstone, dużo takich kamieni, o jakie chodzi tym mężom.
Kiedy ja osadnikom powtarzałem te słowa i objaśniałem położenie oznaczonych miejsc, stawili się pierwsi sąsiedzi, wobec czego musieliśmy przerwać rozmowę.
Zwolna napełniło się mieszkanie i nastąpił wieczór tak uroczysty, jakiego na Zachodzie nie zaznałem. Mężczyźni pamiętali jeszcze wszystkie pieśni, które ongiś śpiewali w ojczyźnie i w Chicago. Nawet stary Hillman basował wcale znośnie, toteż przerwy w rozmowie wypełniły pieśni ludowe.
Indyanin przysłuchiwał się w milczeniu, a potem spytał:
— Kiedy ci ludzie dotrzymają słowa?
Wobec tego przypomniałem Hillmanowi przyrzeczenie, dane Winnetou, a wtedy zebrani rozpoczęli pieśń Ave Maria. Ale już po kilku słowach wyciągnął Apacz przecząco rękę i zawołał:
— W domu to nie brzmi dobrze. Winnetou chce to słyszeć na górze.
— On ma słuszność — rzekł Bill Meinert. — Tę pieśń trzeba śpiewać na dworze. Chodźmy!
Śpiewacy wyszli nieco na górę, a my zostaliśmy