Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   316   —

częły się obracać i pociąg potoczył się dalej na Zachód. W kilka chwil zniknął nam z oczu.
— Powieście swoją ciężką rusznicę na mojem siodle! — rzekł Walker.
Ja zaś odpowiedziałem:
— Dziękuję uprzejmie! Sądzę, że dobry strzelec nie powinien ani na chwilę rozstawać się ze swoją strzelbą A zatem nie zatrzymujmy się dłużej!
— Muszę oczywiście ze wzgłędu na was jechać powoli.
— Możecie puścić Viktorego dobrym krokiem. Ja chodzę nieźle, więc w tyle nie zostanę.
— Well, to ruszamy!
Zarzuciwszy na siebie derkę, przewiesiłem sztuciec przez ramię, a rusznicę przez plecy i rozpocząłem u boku Freda Walkera pogoń za zbójami.
Trop ich prowadził prawie prosto na północ, a był tak wyraźny, że nie potrzebowaliśmy zadawać sobie najmniejszego trudu z jego odszukaniem. Około południa dopiero przerwaliśmy pochód, by Viktoremu dać spocząć. Sami skorzystaliśmy z tego postoju, by się cokolwiek posilić. Zjedliśmy więc z tego, cośmy mieli z sobą, gdyż nie przyszło nam na myśl zaopatrzyć się w zapasy z pociągu. Dopóki bowiem myśliwiec preryowy rozporządza rusznicą i amunicyą, dopóty nie dozna głodu. Pod tym względem ja nie żywiłem żadnej obawy, gdyż miałem w worku naboi podostatkiem.
Kraina, w której znajdowaliśmy się teraz, była pagórkowata i dobrze zalesiona. Ślad ciągnął się w górę, wzdłuż rzeczki, której brzegi było częścią piaszczyste, częścią zaś porosłe bujną trawą, dzięki czemu wszędzie widoczne były wyraźne odciski kopyt, uczynione przez konie ściganych przez nas rozbójników. Popołudniu zastrzeliłem dość tłustego szopa, którego mięso miało nam posłużyć na wieczerzę, a kiedy się ściemniło, stanęliśmy obozem w małym i lesistym parowie skalnym, gdzie bez obawy, żeby nas nie odkryto, mogliśmy rozniecić ogień i upiec mięsa. W tem miejscu czuliśmy się tak