Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/055

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   305   —

    — Well, pięknie! Idę, sir! Żeby też greenhorn mógł zgadnąć, kto byli ci hultaje!
    Śmiejąc się, pospieszył na oznaczone miejsce, a ja poszedłem za nim powoli.
    Gdy już stanąłem prawie obok niego, tak był zajęty badaniem śladów, że nie zauważył mnie, a dopiero po dziesięciu minutach troskliwego badania zbliżył się do mnie i oświadczył:
    — Istotnie, macie słuszność. Było ich dwudziestu sześciu, a ośmnaście koni podkutych. Ale inne wyniki, do których doszliście, to czysta niedorzeczność! Tutaj obozowali i w tym kierunku także odjechali. Więcej nie widać nic!
    — To chodźcie, sir, — rzekłem wtedy. — Pokażę wam, jakie niedorzeczności widzą oczy greenhorna.
    — Well, jestem ciekawy! — odpowiedział, kiwnąwszy głową żartobliwie.
    — Przypatrzcie się tylko lepiej tym śladom końskim. Trzy konie trzymano na boku i nie spętano ich z przodu lecz na krzyż; były to zatem konie indyańskie.
    Grubas schylił się, aby dokładnie odmierzyć odstępy śladów. Ziemia, porosła w tem miejscu trawą, była wilgotna, a dla wprawnego oka łatwo było ślady zobaczyć.
    — By god, prawdę mówicie! — zawołał zdumiony. — To były szkapy indyańskie.
    — A teraz chodźcie dalej, do tej małej kałuży! Tu Indyanie myli sobie twarze i pomalowali je nanowo wojennemi farbami, rozrobionemi niedźwiedzim tłuszczem. Czy widzicie te małe, pierścieniowate wgłębienia w ziemi? Tutaj stały miseczki z barwikami. Z powodu ciepła farby się rozpuściły i kapały. Patrzcie! Tu w trawie jedna czarna, jedna czerwona i dwie niebieskie krople!
    — Yes! Rzeczywiście, to prawda!
    — A czy czerwona, czarna i niebieska nie są wojennemi barwami Ogellallajów?
    Grubas skinął tylko głową, ale w osłupiałej jego twarzy odbijało się to, o czem usta milczały.
    — Chodźcie dalej! Gdy oddział tutaj przybył, zatrzy-