Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/015

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   265   —

— Teraz widzę istotnie, że mieliście wspólne interesa z kapitanem, ponieważ wszystko wiecie. Nie będę już was naciskał i przyjmę pięćdziesiąt.
— Gdzie te papiery?
— Chodźcie do naszego namiotu!
Wróciliśmy kawałek do tego „namiotu“, który w rzeczywistości składał się tylko z czterech ścian ziemnych i rozciągniętej nad niemi podziurawionej pilśniowej dery. W każdym z czterech rogów znajdowało się po jednej dziurze, które, zdaje się, służyły za schowki, bo Buller sięgnął ręką do jednej z nich i wydobył podartą chustkę, pełną rozmaitych przedmiotów. Rozwinąwszy chustkę, wyciągnął dwa listy, które mi podał. Chciałem je już wziąć, lecz on cofnął rękę czemprędzej i oświadczył:
— Za pozwoleniem, sir! Najpierw pieniądze!
— Nie, przedtem muszę przynajmniej przeczytać adres!
— Dobrze! Ja potrzymam listy, a wy się przypatrzycie!
Potrzymał je przed nami, a my spojrzeliśmy na nie równocześnie.
— Dobrze! — zawołałem. — Bernardzie, dajcie mu pieniądze!
Listy były adresowane do ojca Bernarda, ponieważ Allan wcale jeszcze nie wiedział, że go zamordowano. Bernard dobył pośpiesznie pieniądze, chociaż widać było, że wydało mu się to co najmniej osobliwem płacić taką sumę za umyślne, na jego szkodę nawet obliczone przytrzymanie listu przez niegodziwego człowieka. Buller schował pieniądze wysoce zadowolony i chciał już chustkę zawinąć, kiedy nagle błysnęło z niej coś złotego. Bernard sięgnął natychmiast i wyrwał mu z ręki zegarek w szczerozłotych kopertach.
— Dlaczego zabieracie się do mojego zegarka? — zapytał Buller.
— Żeby zobaczyć, która godzina — odrzekł Marshall.