Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/014

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   264   —

Bernard sięgnął do kieszeni i zapłacił.
— Dziękuję, sir! Wy jesteście zupełnie inni ludzie, niż ci Morgani i Shelley, wam tedy udzielę lepszych wskazówek, aniżeli jemu. Skoro mieliście z nimi interesa, to wiecie zapewne, jaki on sknera. Miał on towarzysza z Sid...
Utknął, przerażony niemal tem słowem, które zaczął wymawiać.
— Sidney-Coves, chcieliście powiedzieć! Znam i to także.
— Tak? Sądzę zatem, że potraficie ocenić, co znaczą drobne przysługi. Gdzie są ci trzej, tego nie wiem, ale szukali tam długo i znaleźli jakiś papier. Gdyby sir Shelley inaczej był ze mną mówił, byłby dostał jeszcze inne papiery.
— A jak należy z wami mówić, aby je dostać?
Na to on roześmiał się nikczemnie i dodał:
— Jak dotąd!
Miał więc na myśli rozmowę dolarami, ten szczwany drab!
— Jakież to są papiery?
— Listy.
— Od kogo i do kogo?
— Hm, sir, boję się zaczynać, skoro nie jestem pewny, czy pomówicie ze mną moim językiem!
— Oznaczcie cenę!
— Sto dolarów!
— Czy trochę nie za dużo? Podchwytujecie listy swego pryncypała, aby je sprzedać kapitanowi rozbójników, a gdy wam ten za nie za mało dawał, zatrzymujecie je nadal, sądząc, że to, o co się usilnie stara sir Shelley, wam nie może zaszkodzić. Przestrzegam jednak, że możecie na tem źle wyjść! Czy nie zadowolilibyście się pięćdziesięcioma?
Wypowiedziałem tylko przypuszczenie, które mi się nasunęło samo na podstawie rozważenia tego, co dotychczas słyszałem. Poznałem jednak natychmiast, że trafiłem w sedno, gdyż przystał odrazu na moją cenę: