Strona:PL Karol May - Winnetou 05.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   238   —

wyrwała mi się wielce oburzona i pobiegła dalej. Wtedy ja podszedłem ku jednemu ze stołów, gdzie zetknąłem się z drugą Hebe.
— Mademoiselle! Zapytuję uprzejmie, czy można się widzieć z sennorą?
— I am not mademoiselle!
Tem mnie odprawiwszy, odeszła obojętnie. Była to Amerykanka, albo Angielka. Już zacząłem się był kłopotać, że defilując tak przed wszystkiemi narodowościami, nawet przed wieczorem nie dostanę się do sennory, gdy po drugiej stronie ujrzałem śledzącą mnie oczyma osobę, której twarz wydała mi się znajomą. Z niemałą otuchą puściłem się prosto ku niej. Ale ona już z daleka klasnęła w ręce i zaraz poskoczyła ku mnie tak gwałtownie, jakby mnie chciała stratować.
— Sąsiedzie, byłabym was prawie nie poznała, taką zapuściliście brodę!
— Do pioruna! Guścia, Ebersbachowa Guścia. Jakże nadzwyczajnie pani wyrosła! W jaki sposób dostała się pani z domu do Kalifornii?
— Matka umarła zaraz po pańskim wyjeździe. Wkrótce potem przyjechał ajent i namówił ojca, żeby się tutaj przeniósł. Lecz nadzieje ojca zawiodły. Teraz jest z braćmi tam, gdzie podobno jest dużo złota, a mnie zostawił tutaj. Powodzi mi się dobrze, tutaj więc zaczekam, dopóki oni nie wrócą.
— Pomówimy z sobą potem więcej, ale teraz powiedz mi pani, gdzie można znaleźć sennorę. Pytałem o to dwie koleżanki pani, ale zamiast odpowiedzi dostały mi się grubiaństwa.
— To bardzo zrozumiałe, gdyż naszą panią wolno nazywać tylko donną, najlepiej donna Elwira.
— Dziękuję za uwagę, zapamiętam ją sobie! Czy można pomówić z donną Elwirą?
— Zaraz zobaczę. Gdzie pan siedzi?
— Tam, przy drugim stole.
— Idź pan tam, a ja już pana zawiadomię.
Było to znowu dziwne spotkanie, jakich miałem