Strona:PL Karol May - Winnetou 05.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   134   —

— A gdzie go spotkaliście?
— On zamówił mnie do Austin.
— Zamówił? Ach! Więc znaliście się przedtem?
Pojmany umilkł, ja zaś wydobyłem rewolwer.
— Przypatrzcieno się tej zabawce! Wiem bardzo dobrze, z kim mam do czynienia, życzę sobie jednak, żebyście mi opowiedzieli o śmierci pryncypała i o zniknięciu jego mienia. Jeśli się będziecie wzbraniali, lub skłamiecie, dostaniecie kulą w łeb. Tu na Zachodzie załatwiają się ludzie z rozbójnikiem o wiele prędzej, niż w Stanach.
— Ja nie jestem mordercą! — wyjąkał w najwyższem przerażeniu.
— Słyszeliście już odemnie, że wiem zupełnie dobrze, kto wy jesteście! Idzie teraz o to, czy mamy was uważać za zatwardziałego, czy skruszonego człowieka. A zatem, czy znaliście Morgana już dawniej?
— To jest mój krewny.
— A czy odwiedzał was w Louisville?
— Tak.
— Co dalej? Nie będę wam zadawał wielu pytań, gdyż możecie mówić i bez tego. Uważajcie na rewolwer!
— Jeśli master Marshall odejdzie, opowiem wszystko.
Musiałem uwzględnić to wzruszenie odkrytego tak niespodzianie mordercy.
— Niech się stanie wedle waszej woli!
Skinąłem na Bernarda, a ten się oddalił, lecz powrócił łukiem i stanął za plecyma jeńca pod drzewem.
— A zatem!
— Morgan bywał u mnie częściej i zachęcał, żebym z nim grał.
— Czy odwiedzał was w waszem mieszkaniu?
— Tak, nigdy w sklepie. Z początku sprzyjało mi szczęście, dlatego grałem namiętnie dalej. Potem przegrywałem coraz to więcej, aż zadłużyłem się u niego na kilka tysięcy dolarów. Gdy nie miałem skąd zapłacić, zagroził mi doniesieniem, ja bowiem na wekslach, które mu dawałem, sam podpisywałem pryncypała. Nie mogłem się ina-