Strona:PL Karol May - Winnetou 05.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   89   —

— I ciebie także!
— Więc umrzeć, wisieć na Estaccad, wysoko na pal!
Jeńcy nie odezwali się wcale. Liczyli napewne na pomoc straży.
— Bobie, tam leży Wiliams, a tam jego towarzysz. Przynieś ich! — rozkazałem murzynowi.
— Już nieżywi? — zapytał.
— Tylko bezprzytomni.
— Ja przynieść ich!
Olbrzymi czarny przyniósł jednego po drugim na swoich szerokich barkach, poczem ich natychmiast związano. Teraz mogłem już wyjaśnić kupcom, dlaczego to uczyniliśmy. Kupcy wpadli w straszną wściekłość i domagali się natychmiastowej śmierci wojażerów. Musiałem im się oczywiście sprzeciwić.
— Sawanna rządzi się także swojemi prawami i ustawami. Gdyby stanęli przeciwko nam z bronią w ręku, kiedy życie nasze zależałoby od mgnienia oka, moglibyśmy ich powystrzelać, ale wobec tego stanu rzeczy nie wolno nam popełnić morderstwa. Musimy tylko złożyć sąd na nich.
— Oh, oh, tak jury — rzekł murzyn, ciesząc się już z góry widowiskiem — a potem Bob powiesić wszystkich pięciu!
— Teraz nie czas na to. Noc ciemna, a ognisk nie mamy, trzeba więc zaczekać do dnia. Jest nas siedmiu, pięciu więc może spać swobodnie, a dwu będzie czuwało. O jeńców możemy być spokojni, dopóki słońce nie zejdzie.
Kosztowało mnie sporo trudu, zanim przeparłem swoje zdanie, doprowadziłem jednak do tego, że pięciu ułożyło się znów na spoczynek, ja zaś z jednym z kupców stanąłem na straży. W godzinę potem zluzowano nas, a ostatnią wartę wziął Sam na siebie, gdyż o tym czasie zaczynało już szarzeć i para oczu wystarczała zupełnie do naszego bezpieczeństwa.
Przez całą noc nie odezwał się żaden z pojmanych. Kiedyśmy jednak powstali, zauważyłem, że Wiliams i jego