Strona:PL Karol May - Winnetou 05.djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   55   —

mając jedną ręką mustanga za cugle, a drugą broniąc się przeciwko nacierającym nań dwom dzikim. Przedemną biegli nieuszkodzeni przez koła Indyanie do swoich koni w złudnej nadziei, że zwierzęta pomimo ognia nie opuściły swego stanowiska.
Na wołanie Sama zatrzymałem pociąg natychmiast i podbiegłem ku tej grupie. Lecz obaj Indyanie spostrzegli mnie natychmiast i umknęli. Wobec tego wsiadłem na koń i niebawem znaleźliśmy się w największej gęstwie uciekających. Krok nasz nie był tak niebezpieczny, jakby się może zdawało. Indyan opanował istotnie paniczny przestrach, a gdy w dodatku przekonali się, że im konie przepadły, rozbiegli się przed nami, jak gromada płochliwej zwierzyny, w którą wdarła się sfora myśliwca.