Strona:PL Karol May - Winnetou 05.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   53   —

— Nie zginęli? O ile naprzykład?
— Zostali tylko ogłuszeni tomahawkiem.
— Tylko ogłuszeni? Czy jesteście przy zmysłach? Jak można tylko ogłuszać Indyanina, który tak dobrze dostanie się pod rękę! Będziecie znowu mieli z nimi do czynienia!
— A jednak są powody, z których przynajmniej jeden pojmiecie.
— Nie, ani jednego, Charley. Domyślam się, że to byli wodzowie, a tych właśnie nie należy oszczędzać.
— Byłem niegdyś ich jeńcem, którego mogli zabić. Lecz oni tego nie uczynili. Musiałem ich dobroć niewdzięcznością odpłacić, kiedy od nich umknąłem, dlatego nadałem tomahawkowi tylko połowę rozpędu.
— Nie weźcie mi tego za złe, Charley, lecz to było z waszej strony okropną głupotą! Tak, gdyby te draby umiały być wdzięczne! Tymczasem oni powiedzą co najwyżej, że Old Shatterhandowi brak siły w ręku na rozbicie czaszki czerwonego. Sądzę jednak, że ogień błąd wasz naprawił.
Podczas tej rozmowy, którą prowadziliśmy, krzycząc jeden do drugiego, pędziliśmy obok siebie przez preryę. Stara klacz tak dzielnie wyrzucała długiemi nogami, że dotrzymywała kroku memu mustangowi. Po upływie kilku minut dotarliśmy znów do toru, a to do miejsca, położonego może o milę od pociągu. Tu spętaliśmy i przywiązaliśmy konie i zaczęliśmy się skradać wzdłuż nasypu do miejsca napadu.
Atmosfera przepełniona była wonią spalenizny, a miałki popiół pokrywał całą równinę. Lekki wiatr unosił go w górę i pobudzał organy oddechowe do kaszlu, który nas łatwo mógł zdradzić. Światła lokomotywy były całkiem wyraźne, ale ani po jednej, ani po drugiej stronie nasypu nie było widać dzikich. Przyczołgawszy się bliżej, spojrzałem bystrzej i przekonałem się, że rzeczywiście stało się to, co przypuszczałem. Oto Indyanie schowali się przed ogniem na torze, a to pod kołami