Strona:PL Karol May - Winnetou 05.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   39   —

powietrze, poczem pociąg stanął tam, gdzie płonęło ognisko. Maszynista wychylił się ku mnie i zapytał:
— Hallo, człowiecze! Co to ma znaczyć? Czy chcecie wsiąść do pociągu?
— Nie, sir. Ośmieliłbym się właśnie prosić was o coś przeciwnego. Wysiadajcie!
— Ani myślę!
— A jednak musicie to uczynić, gdyż na przodzie są Indyanie, którzy szyny wyrwali.
— Co? Indyanie? s’death! Czy mówicie prawdę, człowieku?
— Nie mam powodu kłamać.
— Co się stało? — spytał mnie teraz także konduktor.
— Podobno czerwonoskórcy są przed nami — odpowiedział mu maszynista.
— Naprawdę? Czy widzieliście ich?
— Widziałem i podsłuchałem. To Ogellallajowie.
— To najgorsi ze wszystkich! Ilu ich było?
— Około sześćdziesięciu.
— A do kata! W tym roku już trzeci raz napadają te draby na pociąg, ale my ich pięknie odeślemy do domu. Już dawno pragnę sposobności do dania im trochę po palcach. Jak daleko stąd się znajdują?
— Prawie o trzy mile.
— W takim razie nakryjcie światła, maszynisto! Te hultaje mają bystre oczy. Słuchajcie, master, jestem wam niewymownie wdzięczny za to, żeście nas ostrzegli. Jesteście preryowcem, jak świadczy wasze ubranie?
— Czemś podobnem. Mam z sobą jeszcze jednego, który uważa na Indyan, zanim my nie nadejdziemy.
— To rozumnie z waszej strony. Miejsca, ludzie! Nie grozi żadne nieszczęście, przeciwnie zapowiada się nawet przyjemność.
Z najbliższego wozu usłyszano naszą rozmowę i natychmiast pootwierano wszystkie drzwi. Podróżni powyskakiwali i cisnęli się, zasypując nas okrzykami i za-