Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   484   —

— Ale moi przyjaciele!
— To mnie nic nie obchodzi. Ja mam z nimi rachunek, za który życiem zapłacą. Dlatego napadłem na nich i pojmałem ich, nie wiedząc oczywiście, że łączy was z nimi znajomość.
— Do stu piorunów, to przykra sprawa! Wasi śmiertelni wrogowie? A jednak ja muszę im pomóc. Czy istotnie zawinili wobec was tak strasznie?
— Mógłbym im za ich postępowanie dziesięć razy nóż do gardła przyłożyć!
— Ale zważcie, kim oni są?
— Czy sądzicie, że ich nie znam?
— Winnetou i Old Shatterhand! Takich bohaterów nie zabija się dla byle jakiego powodu!
— Właśnie dla nich tem bardziej nie mam litości!
— Czy to wasze ostatnie słowo?
— Ostatnie i nieodwołalne!
— Nawet jeśli ja się wstawię za nimi?
— Nawet wtedy.
— Przypomnijcie sobie przecież, co mi zawdzięczacie. Kilka razy życie wam ocaliłem!
— Wiem o tem dobrze i pamiętać będę przez całe życie, mr. Rollins.
— Czy wiecie, coście mi przyrzekli ostatnim razem?
— Co?
— Przysięgliście, że spełnicie każde moje życzenie, każdą prośbę.
— Hm! Zdaje mi się, że tak było.
— A jeśli teraz przedłożę wam prośbę?
— Nie czyńcie tego, bo w tym wypadku musiałbym wam odmówić, a nie chciałbym złamać danego słowa. Zastrzeżcie to sobie na później!
— Trudno! Mam tu święte zobowiązania. Chodźcie więc, mr. Santer i pomówmy z sobą!
Wziął go za rękę i odciągnął od nas kawałek. Tam obaj stanęli i rozmawiali z sobą, giestykulując gwałtownie, ale my niczego nie mogliśmy zrozumieć. Tę komedyę odegrali dość dobrze. Byliby nas nawet złudzili, gdy-