Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   472   —

baczyłem jeszcze wrzekomego Wartona z jego synem i bratankiem. Pomocnika Rollinsa nie było między nimi.
— Będziesz więc mówił? — krzyknął Santer groźnie. — Czy mam ci język nożem rozwiązać? Chcę wiedzieć, czy mnie znasz, czy wiesz, kto jestem i czy słyszysz, co mówię!
Milczenie byłoby się na nic nie przydało, lecz nawet pogorszyłoby nasze położenie. Już choćby ze względu na Winnetou nie należało okazywać uporu. Nie byłem oczywiście pewny, czy zdołam mówić. Spróbowałem jednak; próba się udała, jakkolwiek tylko słabym i bełkotliwym głosem wyrzekłem te słowa:
— Poznaję was. Jesteście Santer.
— Tak, tak! Więc mnie poznajesz? — śmiał mi się szyderczo w oczy. — Ogromnie się chyba cieszysz? Jesteś zachwycony moim widokiem tutaj? Wspaniała, niezrównanie radosna niespodzianka! Nieprawdaż?