Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   460   —

— Uczynimy to chętnie. Powiedzcie tylko, w jaki sposób.
— Wobec tego musicie się najpierw dowiedzieć, kim jesteśmy. Ja się nazywam Warton; to mój syn, a tamten synowiec. Przybywamy z okolic Nowego Ulm, aby się osiedlić nad Turkey Riwer.
— To bardzo nierozważnie postąpiliście!
— Niestety, nie wiedzieliśmy o tem. Opisano nam wszystko tak ładnie, iż zdawało się, że wystarczy tylko usadowić się tu, aby spokojnie zwozić zbiory.
— A Indyanie? O nich nie pomyśleliście?
— O i owszem, ale przedstawiono nam ich całkiem inaczej, niż są w rzeczywistości. Przybyliśmy dobrze zaopatrzeni w zasoby, aby najpierw przypatrzyć się okolicy i wybrać kawałek ziemi. Przytem wpadliśmy w ręce czerwonym.
— Dziękujcie Bogu, że, jeszcze żyjecie!
— Pewnie, pewnie! Wyglądało to z początku daleko gorzej, niż się później stało. Mówili o palu i o innych pięknych rzeczach, potem jednak zadowolnili się tem, że ograbili nas ze wszystkiego. Mieli pewnie ważniejsze sprawy na oku, niż to, żeby nas wlec z sobą.
— Ważniejsze? Dowiedzieliście się może, jakie sprawy?
— Nie znamy ich języka, ale ze słów wodza, nader lichą angielszczyzną wypowiedzianych, wyrozumieliśmy, że chodziło im o osadnika, nazwiskiem Corner, do którego jak się zdawało, zamierzali się zabrać.
— Słyszeliście dobrze. Oni rzeczywiście chcieli nań napaść wieczorem, dla tego nie mieli czasu, ani ochoty zajmować się wami. Tej właśnie okoliczności zawdzięczacie życie!
— Ale jakie życie!
— Jakto?
— Życie, które właściwie nie jest życiem. Nie mamy broni, ani nawet noża i nie możemy upolować zwierzyny. Od wczoraj rana żywimy się korzonkami i jagodami, a i to skończyło się tu na preryi. Sądzę, że gdybyśmy