Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   443   —

a tem bardziej całego dnia. Wyruszamy skoro świt, dla tego połóżmy się wcześnie.
I temu nie można było nic zarzucić, chociaż dowiedzieliśmy się później, że ten człowiek nie był bynajmniej tak niewinny, jak się wydawało. Wstał on od stołu, by pomóc gospodyni w rozkładaniu skór i koców do spania. Gdy to skończyli, wskazał nam nasze miejsca.
— Dziękuję! — rzekłem. — My wolimy spać na wolnem powietrzu. W izbie pełno dymu, a tam świeżo.
— Ależ, mr. Shatterhand, na dworze nie zaśniecie w jasnem świetle księżyca. Prócz tego zimno teraz po nocach.
— Do chłodu jesteśmy przyzwyczajeni, a co do księżyca, to nie bronimy mu zazierać tam, gdzie mu się spodoba.
Spróbował jeszcze kilkakrotnie odwieść nas od tego zamiaru, ale napróżno. Nie zastanowiło nas to narazie i dopiero później, kiedyśmy go poznali, przypomnieliśmy sobie, oczywiście po niewczasie, że to namawianie powinno było nam wpaść w oko. Zamiar był w niem widoczny.
Zanim wyszliśmy, zrobił gospodarz uwagę:
— Mam zwyczaj drzwi zasuwać. Czy zostawić je na dzisiaj otwarte, panowie?
— A to na co?
— Może będziecie sobie czegoś życzyli.
— To prawie jest wykluczone. Naszem zdaniem nie należy w tych stronach zostawiać drzwi na noc otworem. Gdybyśmy czego potrzebowali, to powiemy wam przez okno.
— Dobrze. Okna i tak się nie zamykają.
Wychodząc z domu, słyszeliśmy wyraźnie, że gospodarz drzwi za nami zasunął. Księżyc był już tak nizko, że budynek rzucał cień aż poza ogrodzenie, w którem znajdowały się konie. Udaliśmy się więc do nich, by leżeć w cieniu. Swallow i koń Winnetou pokładły się obok siebie. Pościeliłem sobie koło mojego konia koc, położyłem się na nim, opierając jak zwykle głowę na