Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   403   —

— Tak. Ponieważ wy nie chcecie się do tego mieszać, cieszę się przeto, że będę tutaj miał komu powierzyć bezpieczeństwo obozu.
— Nie moja będzie wina, jeśli się zdarzy coś, czego sobie nie życzymy, sir. Kiedy wrócicie?
— Trudno oznaczyć napewno. To zależy od tego, co tam zastaniemy. A zatem bądźcie zdrowi i miejcie oczy otwarte!
Po tych słowach przystąpił do tych, którzy mieli mu towarzyszyć podczas przeprowadzania jeńca na miejsce skazania. Odwiązano go od drzewa, a kiedy powrócił Winnetou, który był wyszedł zobaczyć, czy przejście bezpieczne i doniósł, że nie dostrzegł nic podejrzanego, wepchnięto Finneteyowi knebel w usta i wszyscy ruszyli ku wylotowi doliny.
— Czy biały mój brat zostaje? — spytał Apacz, zanim się przyłączył do orszaku.
— Wódz Apaczów zna moje myśli, wobec tego usta nie potrzebują ich wyjawiać.
— Mój brat jest ostrożny, jak noga, zanim wstąpi do wody, w której żyją krokodyle, ale Winnetou musi być z synem Ribanny, która zginęła z ręki Atabaski.
W warowni zostało tylko kilku myśliwców, a między nimi Dick Stone. Zawołałem ich do siebie i oznajmiłem, że chcę wyjść, aby przeglądnąć zarośla.
— Nie potrzeba, sir — rzekł Stone. — Na zewnątrz stoi warta i pilnie baczy na wszystko, a oprócz tego chodził Apacz na zwiady. Zostańcie tutaj i odpocznijcie. Robotę jeszcze wnet znajdziecie.
— O ile?
— No, czerwonoskórcy mają oczy i uszy i zauważą pewnie, że tam coś można pochwycić.
— Przyznaję wam zupełną słuszność, Dicku. Przypatrzę się dla tego, czy się co gdzie nie rusza. Wy pilnujcie tymczasem tego miejsca! Nie dam długo czekać na siebie.
Wziąłem sztuciec i wyszedłem. Warta zapewniła