Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   372   —

— Oto on stoi. Nie chcę tego powitania skracać moją obecnością. Good night!
Odwróciłem się, żeby odejść, ale zaledwie uszedłem dwanaście kroków, usłyszałem wołanie:
— Sir!
Gdy się zatrzymałem, przyszedł za mną Harry z wahaniem, a szczególne drganie jego głosu świadczyło o zakłopotaniu, którego nie potrafił ukryć.
— Ja was obraziłem!
— Obraził? — odrzekłem chłodno i spokojnie. — Mylicie się, sir! Wy możecie dla siebie wzbudzić u mnie chyba uczucie pobłażliwości, ale nigdy obrazy.
Upłynęła może minuta, zanim znalazł odpowiedź na te niespodziane słowa.
— W takim razie przebaczcie mój błąd!
— Chętnie przebaczam, gdyż jestem do błędów ludzkich przyzwyczajony.
— Będę się starać nigdy nie korzystać z waszej pobłażliwości!
— Mimo to gotów jestem ofiarować ją wam w każdej chwili.
Chciałem się już oddalić, kiedy Harry nagle szybko do mnie przystąpił i położył mi rękę na ramieniu.
— Nie dotykajmy teraz rzeczy osobistych. Ocaliliście życie memu ojcu z narażeniem własnego i to dwa razy jednego wieczora. Muszę wam podziękować, choćbyście użyli względem mnie słów jeszcze gorszych i bardziej odpychających. Dowiedziałem się dopiero teraz o waszych zasługach.
— Każdy westman z ochotą to samoby uczynił, co ja, a bywają jeszcze większe rzeczy od tych, o których mówicie. Co jeden zrobił dla drugiego, to zrobili dlań już może inni dziosięćkrotnie. Nie mierzcie miarą, jaką wam daje w rękę miłość synowska.
— Przedtem byłem ja, a teraz wy jesteście niesprawiedliwym względem samego siebie. Czy chcecie być takim i dla mnie?
— Nie.