Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   314   —

— O i owszem, ale przypuszczam, że i mnie pozwolicie się odwzajemnić w ten sam sposób.
— Wobec rycerza z hełmem bobrowym i z karbunkułowym pancerzem musi się być uprzejmym. Podnieście zatem waszą straszną przyłbicę i spojrzyjcie na mnie!
— Dziękuję. Przypatrzmy się więc sobie do syta, przyczem oczywiście ja lepiej na tem wyjdę, ponieważ wasz wygląd jest bardziej gentlemanlike — odrzekłem, a obróciwszy mustanga na zadnich nogach w kółko, dodałem. — Teraz macie mnie ze wszystkich stron, na koniu i w naturalnej wielkości. Jak wam się podobam?
— Zaczekajcie trochę i przypatrzcie się mnie — rzekł, śmiejąc się i poderwał konia śmiałym ruchem tak, jak to ja uczyniłem. — Teraz było przedstawienie obopólne, a wy powiedzcie pierwsi, jak ja wam się podobam!
— Hm, nieźle! Wydajecie mi się przynajmniej dość odpowiednim dla tego miejsca. A ja?
— Tak, o la la! Trzeba tylko być ostrożnym i nie zbliżać się do was bardziej, aniżeli pozwalają na to pewne wątpliwości.
— Tak, jeśli się człowieka nie weźmie w rachubę, to jeździec znakomity — rzekł towarzysz chłopca tonem lekceważącym, przypatrując się Swallowowi okiem znawcy. Ja nie zwróciłem uwagi na tę obelgę i odpowiedziałem chłopcu, który okazywał jak na swój wiek wielkie obycie się towarzyskie:
— Wasze wątpliwości są słuszne, sir, ale usprawiedliwią mię te dzikie strony, w których się znajdujemy.
— Dzikie? Jesteście więc obcym tutaj?
— Tak dalece obcym, że już przez cały dzień szukam napróżno właściwego numeru domu.
— To udajcie się z nami, jeśli chcecie zobaczyć, jak ogromne są te dzikie strony!
Zwrócił się w kierunku, w którym ja dążyłem i puścił konia przez wszystkie tempa od wolnego kroku aż do wyciągniętego cwału. Swallow podążył za nim