Strona:PL Karol May - Winnetou 03.djvu/040

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   30   —

Policzki jej pokraśniały. Wydobyła niezbyt czystą chustkę do nosa, aby ją mieć każdej chwili pod ręką i rzekła:
— Co się tyczy tej dyskrecyi, sir, to nie poczuwam się już teraz do obowiązku zachowania jej, gdyż ci panowie odjechali. Wiem, że prasę nazywają mocarstwem, byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby pan dopomógł temu młodzieńcowi do uzyskania jego praw.
— Zrobię chętnie wszystko, co tylko w mych siłach. Musiałbym jednak coś wiedzieć o tych stosunkach.
Przyznaję, że z trudem ukrywałem ciekawość.
— Dowie się pan, gdyż serce nakazuje mi wyjawić panu wszystko. Tu wchodzi w grę miłość, zarówno wierna, jak nieszczęśliwa.
— Tak też przypuszczałem, gdyż nieszczęśliwa miłość to cierpienie największe i najbardziej rozdzierające serce ze wszystkich.
Mnie samemu oczywiście ani się jeszcze śniło o miłości.
— Słowa pańskie wzbudziły we mnie przychylność dla pana! Czy i pan doznał już tego cierpienia?
— Jeszcze nie.
— W takim razie jest pan człowiekiem szczęśliwym. Ja niestety nacierpiałam się więcej, niż moje serce wytrzymać mogło. Matka moja była mulatką. Ja zaręczyłam się z synem francuskiego plantatora, a więc z kreolczykiem. Szczęście nasze zniweczono, ponieważ ojciec narzeczonego nie chciał do rodziny przyjąć kolorowej lady. Jakżeż ja współczuję z tym pożałowania godnym poetą, którego ten sam los spotkał!
— Więc on kocha zabarwioną?
— Tak, mulatkę. Ojciec zabronił mu tej miłości i podstępnie przyszedł w posiadanie rewersu, na którym stwierdziła ta dama swoim podpisem, że wyrzeka się szczęścia i połączenia z Wiliamem.
— Cóż za ojciec nieludzki! — zawołałem z goryczą, zaskarbiając sobie znowu życzliwe spojrzenie niewiasty.