Strona:PL Karol May - Winnetou 03.djvu/031

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   21   —

niczać go dlatego w moje zamiary, chociaż rzeczywiście mógł mi udzielić dobrych wskazówek. Słowo: greenhorn, którem mnie obdarzył, ścierpiałem, gdyż Sam tak mnie do niego przyzwyczaił, że już mnie dotknąć nie mogło. Również nie uważałem za stosowne pochwalić się tem przed nim, że byłem już raz na Zachodzie.
Oparłem łokieć na stole, a głowę na dłoni i patrzyłem w zamyślenia przed siebie. Wtem otworzyły się drzwi i wszedł nie kto inny... jak Gibson.
Stanął u wejścia i objął wzrokiem obecnych. Kiedy mi się wydało, że oczy jego natknęły się na mnie, odwróciłem się do drzwi plecyma. W całej piwiarni nie było ani jednego miejsca oprócz tego, na którem siedział Old Death. Gibson musiał więc przyjść do mego stolika, jeśli chciał co wypić. Cieszyłem się już w duszy przestrachem, jakiego mu napędzi mój widok.
Lecz Gibson nie zbliżał się jakoś. Usłyszawszy szmer drzwi, obracających się w zawiasach, odwróciłem się czemprędzej. Ale Gibsona już nie było: poznał mnie i umknął. Widziałem go, jak wyszedł i szybkim krokiem pośpieszył dalej. W mgnieniu oka miałem kapelusz na głowie, rzuciłem boardkeeperowi zapłatę i wypadłem z lokalu. Gibson biegł na prawo, starając się widocznie zniknąć za gęstą gromadą ludzi. Oglądnąwszy się, zobaczył mnie i podwoił kroku. Gdy minąłem ową grupę ludzi, ujrzałem go znikającego w wązkiej uliczce, do której doleciałem właśnie w chwili, kiedy on skręcał za jej róg. Przedtem jednak odwrócił się jeszcze raz, zdjął kapelusz i zaczął nim ku mnie wymachiwać. To mnie oczywiście zgniewało. Nie zważając na to, że przechodnie będą się ze mnie śmiali, ruszyłem ku niemu jeszcze prędzej. Policyanta nigdzie nie było widać. Prosić prywatne osoby o pomoc byłoby rzeczą daremną; nikt nie byłby stanął po mojej stronie.
Dobiegłszy do rogu ulicy, znalazłem się na niewielkim placyku. Po prawej i lewej ręce stały zwarte szeregi małych domów, a na przeciwko ujrzałem wille we wspaniałych ogrodach. Ludzi dość kręciło się na placu,